piątek, 22 listopada 2013

Phu Quoc - relaks :)

Post jest z wczoraj mieliśmy poważny problem z ustawieniami przeglądarki, na szczęście udało się.
Cały wczorajszy wieczór i w nocy były straszne ulewy. Ledwo zdążyliśmy wrócić z kolacji, a w nasz dach z blachodachówki, runeła ściana deszczu jak z karabinu maszynowego. Chcieliśmy oglądać film nic nie było słychać, musieliśmy wziąć słuchawki. Rano wstajemy trochę było chłodniej, ale najważniejsze słońce świeci. Szybkie śniadanie i idziemy na plażę. Ustalamy, że idziemy w to samo miejsce. Docieramy tam po ok 30 minutach. Słońce wyszło całkowicie zza chmur. Tak to właśnie wyglądało przez większą część dnia.


Obok nas wystawiona była alkowa, w której można skorzystać z masażu. Ceny nie najniższe, gdyż okazało się że to jest plażowe Spa. Pooglądałam sobie jak są masowani panowie. Jak czas minął zdecydowałam się spróbować, akurat w tym samym momencie przyszła jakaś Polka i powiedziała, który masaż jest fajny. Wybrałyśmy wietnamski ze stawianymi bańkami. Oj bolało, choć miał to być masaż relaksacyjny. Godzinny masaż kosztuje 16$. Może jutro też z ich oferty skorzystam. :)

to chwilę przed rozpoczęciem masażu

tak właśnie wygląda ta alkowa

Jest ciepły letni ;) wieczór siedzimy na tarasie naszego domku, pijemy kawę, zajadamy herbatniki i obserwujemy przyrodę. Zaczęło się atakiem komarów, muszek i jakiegoś latającego mikrorobactwa. Potem zaczął nadciągać grubszy kaliber - żuczki wielkości 50gr. Musimy uważać, bo lubią wpadać za koszulę. Jeden wylądował na tarasie. Za kilka sekund nie wiadomo  skąd wylazła wielka ropucha. Załatwiła żuczka ultraszybkim strzałem języka i poszła sobie w podskokach. W koncie koło muru w odległości kilku metrów usłyszeliśmy dziwny powtarzający się cyklicznie dźwięk jakby zdychającego pieska, może to ptak? może jednak lepiej nie sprawdzać. Po dachu nad naszym zadaszonym tarasem coś przemaszerowało, kurde co to? na szczura chyba za duże. Mamy go ;) -  zza krawędzi dachu wystawił łeb jakiś jaszczur, może waran? Za to w naszym pokoju po ścianach biegają pożyteczne gekony zjadające komary ;). Ot tropiki :).

środa, 20 listopada 2013

przeprawa z Vinh Long na Phu Quoc

Wczoraj wieczorem dotarliśmy z Vinh Long na wyspę Phu Quoc na dalekim południu. Było to małe przedsięwzięcie. Siedem razy zmienialiśmy środek transportu. Mieliśmy jednak bardzo ułatwione zadanie, dzięki właścicielowi Homsteya w którym zatrzymaliśmy się na wyspie niedaleko Vinh Long. Zorganizował nam telefonicznie perfekcyjnie cały transport aż do portu w Phu Quoc  z wytycznymi jak postąpić dalej. Pan Nam przedstawił nam plan nie dając, żadnych biletów, karteczek, telefonów, czy nazw. Hasłem umożliwiającym kontynuowanie naszej podróży miało być jedynie moje imię. Przyznam się szczerze, że nie dowierzaliśmy. Poprosiliśmy więc o rachunek, na którym Nam wypisał kilka opłaconych z góry pozycji na trasie, poprosiliśmy go również o numer komórki i o 7 rano po śniadaniu wystartowaliśmy.Pierwszy odcinek homestay-prom Nam przewiózł nas osobiście motocyklem. Zdążyliśmy na prom w ostatnich minutach.

 lekki ścisk
  W 10 minut pokonaliśmy promem jedną z odnóg Mekongu i wysiedliśmy na przystani w Vinh Long. Tu jak zrozumieliśmy miało być taxi. Z tłumu wyławia mnie jakiś gość w kasku i wypowiada zniekształcone imię Rafał - są jednak motorbiki  opłacone z góry na szczęście dwa. Ruszamy w kierunku highway (głównej drogi z Sajgonu) mamy do przejechania z 10km i teoretycznie 20min do autobusu jadącego z Sajgonu do Rach Gia zatrzymującego się przy highway. Ale mamy tempo, tak szybko motorkiem nas jeszcze nie wieźli – jest szansa , zdążymy :)  Jednak mój skręca nagle na stację po paliwo – jaja sobie robi czy co? Do baku wlali mu chyba kropelkę było to dosłownie przyłożenie na chwilę węża i zaczynamy pościg za motorbikiem z Aurelią. Jedziemy jeszcze szybciej, bo jest z górki biorąc slalomem ciężarówki i inne motorki. Udaje nam się, doganiamy ich i zajeżdżamy na  przydrożną stacją autobusów. Tu facet z motocykla jeszcze raz powtarza słowa Nama przypominając co dalej mamy robić jednocześnie pojawia się facet w niebieskiej koszuli wskazujący nam krzesła na których mamy czekać na autobus. Nadjeżdża autobus Aurelia leci się zorientować. Niebieska koszula gestem wskazuje że to nie ten, czekamy dalej. Wreszcie nadjeżdża nasz. To bardziej minibus niż autobus jest mały w środku 25 osób na ciasno upakowanych siedzeniach. Bagaże nie mieszczą się w bagażniku leżą stertami na podłodze między siedzeniami i na pojedynczych wolnych fotelach.  Mamy pewne obawy bo za autobus zapłaciliśmy Namowi  i nie mamy, żadnego biletu. Ale kierowca i jego pomocnik jakby wszystko wiedzieli. O nic nie pytają każą nam wsiadać. Jedynym angielskim słowem pomocnika, którym zwraca się do nas jest wykrzykiwane „you” ze wskazaniem palcem.  Za całość, czyli dowóz z promu motorbikami na mini dworzec  i bilety autobusowe zapłaciliśmy po 10$ od osoby, do tego wliczamy też opiekę Nama :). Siadamy więc grzecznie na tylnich siedzeniach w busiku ścisk. Aurelia ma problem z pomieszczeniem się między fotelami, ja na szczęście siedzę na środku. Za to jest sprawnie działająca klimatyzacja i TV LCD wyświetlający całą drogę jakiś wietnamski kabaret. Niestety chyba wszyscy tu mają kłopoty za słuchem, bo gdziekolwiek jesteśmy to jak już coś włączą to tak głośno, że musimy do siebie prawie krzyczeć. Mamy 2h jazdy przed sobą i zastanawiamy się, gdzie wysiąść i jak trafić do właściwej przystani promowej w Rach Gia. Wjeżdżamy do miasta i śledzimy gps. Nagle autobus staje i słyszymy głośne i wyraźne „you” to sygnał, że tu mamy wysiadać. Tylko, że gps wskazuje, że jesteśmy gdzieś na obrzeżach daleko od portu. Ale nic, gramolimy się z naszym majdanem przez cały bus między tłumem pasażerów do wyjścia. Gdy stoję jeszcze w drzwiach mój plecak odbiera znów jakiś facet w kasku i ładuje na motor rozwijając wielką kartę z wypisanym moim imieniem. Szok! to mamy załatwiony również transfer z autokaru na prom. Wsiadamy na dwa podstawione motorbiki  i w drogę przez miasto zatrzymujemy się przy jednym z biur żeglugowych na nabrzeżu tu panowie w kaskach wskazują, że mamy wykupić zabukowane przez Nama bilety na prom (skąd oni to wiedzą?) kupujemy bilety (po 320tyś dong -16$/  1os) i wjeżdżamy do portu. Pokazują nam nasz prom (wodolot) przypominają godzinę odpłynięcia wskazują restaurację w której możemy zaczekać 1,5h i odjeżdżają. No nieźle :). Opłata dla każdego to 50 tyś dong - 2,5$)
Zjadamy ryż z kurczakiem i warzywami  popijamy colą (koszt całości 100tyś dong 5$), załatwiamy toaletę i idziemy na prom. Było by jednak zbyt prosto gdybyśmy od razu weszli. Z przed trapu odsyłają nas na stanowisko obok, gdzie po okazaniu biletów i paszportów przydzielają nam miejsca na promie. Wsiadamy na piętro gdzie kierują nas do pokoiku z kanapami, ławami i wielkimi TV LCD. Są tylko dwa małe okienka przez które ciężko wyglądać. Na kanapach zasiadają kolejni pasażerowie. Wyglądają jak bussinesmani w koszulach i z walizeczkami. Natychmiast jednak przyjmują pozycje półleżące lub leżące  z bosymi brudnymi  nogami na ławach i kanapach niemal jedni na drugich, Odsuwam się od gościa obok, bo mnie muska swoją stopą. Jest ostra Klima, ale tylko my wciągamy polary. Reszta to twardziele, całą drogę płyną w koszulkach. Z TV lecą popularne zachodnie filmy sensacyjne, jak zwykle głośno, ale słychać jedynie wietnamską lektorkę. Zgodnie z zaleceniem Nama kupujemy na promie bilety na busik z przystani do głównego miasteczka Duong Dong na wyspie (30tyśdong 1,5$/1os). Wysiadamy, przedzieramy się przez tłum taksówkarzy i od razu dostrzegamy busiki. Aurelia podchodzi do pierwszego. Krótkie pytanie i wygodnie zasiadamy na tylnych fotelach, jest jeszcze pusty.  Sytuacja robi się napięta, bo do autobusu wpycha się coraz więcej ludzi. Zaczyna brakować miejsc. Ludzie chcą się wpychać do nas na tylne siedzenia. Ktoś mówi coś do nas po wietnamsku, ciągle jedną nazwę. Pytam Dong Dueang, kiwają przecząco głową i pokazują ręką żeby wysiąść, że to nie ten bus. Jakoś się wywlekliśmy, ale było ciężko. W końcu trafiamy do naszego autobusu. Oddajemy bagaże do luku bagażowego i jedziemy. Po ok. pół godzinie, gdy gps wskazywał w miarę dogodne miejsce wysiadamy. Jesteśmy gdzieś w mieście i od razu podjeżdżają motorbikes. Ustalamy cenę 1$/1os za podwiezienie do podanego na chybił trafił resortu i jedziemy. Tak naprawdę to z tego miejsca chcieliśmy rozpocząć nasze poszukiwania. Cena w resorcie była dla nas zbyt wysoka 40$ za dzień.  Wróciliśmy do głównej drogi i zaczęliśmy marsz poboczem na południe wypatrując reklam hoteli. Optymistycznie to nie wyglądało, bo za dużo zabudowań na tej drodze nie było. Znów reklama jakiegoś resortu przy drodze, ale do recepcji  jeszcze ok. 300m w głąb. Z naszym całym ekwipunkiem lekko nie jest, ale cena 46$ za noc oznacza powrót do drogi.  Idziemy dalej. Uszliśmy tak z 1km i zatrzymał się motocykl proponując resort swojej siostry za 20$ z podwózką. Ustaliliśmy, że ja jadę, a Aurelia czeka. Przejechaliśmy zaledwie kilkadziesiąt metrów, gdy gość odbił z głównej drogi w alejkę ciągnącą się do morza pełną resortów. Zacząłem oglądanie i negocjacje w tym czasie dobiła piechotą Aurelia. U rzekomej siostry się nie zatrzymaliśmy, ale u jakiś miłych ludzi obok. Przydzielili nam wielki 4 osobowy bungalow z wc i osobną łazienką oraz bambusowymi łożkami wyposażonymi w moskitiery, wiatrakiem, klimatyzacją i obowiązkowym TV LCD i wi-fi za 18$ za noc do tego za 5$ śniadanie. Nie mamy tylko prądu ;) ale mają włączyć po 18 – to problem który dotyczy całej wyspy. Zostaliśmy. Mamy drzwi jak do garażu wychodzące na duży taras ze stolikiem i fotelami.


 Jesteśmy sami. Niestety mieszkamy przy ruchliwej alejce i  innych kurortach więc wokół dobiega sporo odgłosów warczących silników i narzędzi, którymi tworzą cały czas jakieś kurorty w pobliżu. Poza tym do środka przez liczne nieszczelności wpadają komary tudzież inne robactwo, jak latające żuczki, czy 5cm pasikonik :) Jednak po tak intensywnym dniu szybko zasypiamy.

Dziś jest środa – pospaliśmy wreszcie dłużej :) w nocy trochę wiało. W naszym ażurowym domku mieliśmy trochę przeciągów. Dzwoniło coś na dachu i fruwały firanki, ale nie było źle. Od rana świeci jednak słońce. Jemy śniadanie i idziemy zobaczyć słynną plażę.


Wychodzimy na wąski pas pisku naszpikowany kurortowymi leżakami i parasolkami. Postanawiamy się nieco oddalić i poszukać miejsca gdzie będzie nieco więcej przestrzeni.


szukając miejsca do opalania mijamy niesamowite dzieła :)

Rafał znalazł taki ogród znanych miniatur

 Maszerujemy tak na południe, ale tam gdzie robi się nieco szerzej mijamy kolejne kurorty, natomiast pomiędzy nimi plaża jest wąska i brudna, jest niewiele restauracji, a ceny wysokie.

niestety w wielu miejscach tak właśnie wygląda plaża

 Stoi co prawda  trochę palm dodających uroku i jest piękna, kryształowa woda czemu się nie da zaprzeczyć, przeżywamy jednak małe rozczarowanie chyba mieliśmy zbyt wygórowane oczekiwania i wybujałą wyobraźnie.
znaleźliśmy jakieś opuszczone ławeczki, zamknięty kurort - jedno z niewielu bezpłatnych i jako tako czystych miejsc

wracamy z plaży, niestety zachmurzyło się

Na plaży w Mui Ne podobało nam się bardziej. Może to jednak kwestia posmakowania miejsca. Kilka dni mamy tu spędzić jest więc szansa na zmianę zdania. Znaleźliśmy tutaj już nawet dość tanie restauracyjki.

 Rafał upodobał sobie sok z kokosa,  15-30tyś

 mała maskotka restauracji

Mamy tylko nadzieję, że jednak będzie trochę słońca i nie sprawdzą się prognozy mówiące o opadach i sztormie.

 tworzymy bloga :)

poniedziałek, 18 listopada 2013

Vinh Long – wycieczka po Delcie Mekongu



Dzień rozpoczynamy o 5,00 rano, by o 6,00 wyruszyć łódką na naszą wycieczkę (10$/1os.). 
 
 nasz kapitan
  
Na początek mamy zobaczyć pływający targ. Pomimo niewielkiej prędkości poczuliśmy chłodny wiatr. Pewnie już tak przywykliśmy do panujących tu temperatur, że jak jest niecałe 30 stopni to nam zimno ;).   
 
 mijamy luksusowe statki pływające po Mekongu

 W końcu docieramy w miejsce, gdzie wyraźnie wzrasta ilość łodzi wypełnionych towarami głównie zbożem i owocami, ale w sumie to za dużo ich nie ma i moglibyśmy nie zauważyć, że to floating market, gdyby nie zwrócono nam uwagi. 




Dowiadujemy się, że miejsce to jest pełne handlujących łodzi (jak na folderze) tylko podczas Nowego Roku w Wietnamie zwany Tet. Cóż czujemy się trochę oszukani, ale pewnie nie doczytaliśmy. 
 

Płyniemy dalej i za chwilę przybijamy do brzegu. To tylko sklep z pamiątkami. Spędzamy trochę bez sensu ok. 30min. Przepływamy na drugą stronę kanału i znów wychodzimy na ląd. To fabryka cukierków tu spędzamy jeszcze więcej czasu, ale jest nieco ciekawiej. 

 pakowanie ryżowych cukierków

 Można się poprzyglądać funkcjonowaniu całej linii produkcyjnej przy użyciu prymitywnych narzędzi i podejrzeć produkcję papieru ryżowego. 


 Popróbowaliśmy za darmo nieco słodkości, a nawet poklepaliśmy zaprezentowanego pytona jako dodatkową atrakcję.


Płyniemy dalej. Podpływamy do gęstniejących zarośli i przesiadamy się na dwu-trzy osobowe łódeczki napędzane przez wiosłującą panią.


 Mamy nadzieję wreszcie na jakieś ciekawsze doznania estetyczne, ale niestety i tu spotyka nas zawód. Kanał jest szeroki, a brzegi porasta nieciekawa roślinność. Przez połowę pokonywanej długości, płyniemy wzdłuż drogi. Jeśli mnie pamięć nie myli to ciekawsze wrażenia mieliśmy na spływie kajakowym po kanale augustowskim.


Przepływamy tak 2 dłużące się kilometry o mało nie zasypiając i wracamy do naszej łodzi silnikowej. Płyniemy na lunch w ogrodzie, gdzie możemy popodziwiać i podotykać różnych egzotycznych warzyw i owoców. Wręczono nam menu. Ceny niestety wyższe niż w Sajgonie, za nieduży obiad zażądano 80 tyś dong 4$.
 Wreszcie ostatni punkt programu, który sami narzuciliśmy organizatorom. Chcieliśmy zobaczyć tzw. land of bricks krainę potężnych piecy do wypalania glinianych cegieł, naczyń i figurek. Piece postawione jeden przy drugim tworzą niecodzienną scenerię.


Udało nam się zejść na ląd i zajrzeć do jednej z fabryczek. I to był chyba najciekawszy punkt programu.


 Garnki w tym piecu są wypalane tydzień, a cegły miesiąc do opału używane są plewy ryżowe
 

Po 13 byliśmy z powrotem w naszym homestay- u,  więc korzystamy z odpoczynku w pięknej scenerii.
A jutro z rana wyruszamy w kierunku  wyspy Phu Quoc.

 fragment naszej kolacji na pierwszym planie "Elephant Ear Fish"

niedziela, 17 listopada 2013

Delta Mekongu – Vinh Long


Dzień zaczął się od wczesnej pobudki 5.30 w naszym sajgońskim hotelu. Szybkie pakowanie i marsz na dworzec Ben Thanh, akurat podjechał autobus nr 2.  Spod dworca ruszyliśmy o 7.00 rano. Do dworca Mienh Tay dojechaliśmy w ciągu 40 minut. Idziemy do wybranego 2 dni wcześniej okienka kupić bilety. Jakie miłe zdziwienie ludzi prawie nie ma przed kasą. Prosimy o bilety do Vinh Long na godz. 9.00 – jak wcześniej ustaliliśmy. Pani mówi coś do nas słabo zrozumiale i każe nam czekać. Za chwilę wychodzi z biura jej koleżanka i wyjaśnia, że autobus jedzie o 8.00 i nie ma biletów. Mamy iść do okienka nr 23. Po prostu super,  idziemy, a to biuro Phuong Trang -  1 bilet kosztuje 110tyś dong (5,5$). Kupujemy bilety, a resztę informacji zdobywamy na dworcu od panów porządkowych w mundurach. Przed odjazdem zdążyliśmy wypić jeszcze kawę (15 tyś dong) i zjeść po kanapce (15 tyś dong). Cały koszt 1,5$. Przy wsiadaniu do autobusu zrobił się problem, bo co chwilę odsyłano nas do innego. W końcu oddaliśmy bagaże do luku bagażowego i szczęśliwi wsiadamy do autobusu. Miejsca mamy na samym tyle, tylko coś się nie zgadza mamy numery koło siebie, jakieś kobiety siedzą na naszych miejscach, a my mamy siedzieć oddzielnie. Ciśnienie mi rośnie w końcu po małych perturbacjach udało się nam usiąść razem. Trasa trwała 3 godz. Po drodze zrobiono 20 min. przerwę na obiad. Autobus wysadził nas na jakimś dworcu na obrzeżach Vinh Long. Nie za bardzo wiedząc, gdzie jesteśmy postanawiamy wejść do poczekalni i się zastanowić co dalej. W czasie gdy poszłam do wc, Rafała zdążyła zaczepić już jakaś kobieta. Oferta wyglądała dość korzystnie za 12 $/1os. oferowany jest nocleg, śniadanie i późny obiad w homestayu na wyspie, dowóz gratis. Wycieczka po kanałach jutro rano 6.30 10$ od osoby. Babka pokazała nam zeszyt referencji ze zdjęciami włącznie. Po półgodzinnych ustaleniach ruszamy, bierzemy 2 motorbike za 50 tyś dong (2,5$) dowożą nas do przystani promowej. Trwa to niecałe 10 minut. Kobieta do nas dojeżdża swoim motorem i mówi nam, że po drugiej stronie odbierze nas jej siostra do której zaraz zadzwoni. Zapytała nas o imiona. Imię Aurelia nie przeszło. Rafał już lepiej. Siostra miała nas wywołać z tłumu po imieniu.  No to  płyniemy ok. 5 minut. Na promie tłum motorowców. Wysiadamy i po chwili zaczepia nas umówiona siostra z jeszcze jednym gościem na motorach. W ciągu 5 minut jesteśmy na miejscu :). Dom wygląda trochę jak „chata wuja Toma”. Ściany częściowo z desek, dach z blachy falistej. Wszystko urządzone trochę prowizorycznie. Jest kilka pokoi, spory zadaszony taras z hamakami i mnóstwo zieleni wokół. 



Zauważamy głównie bananowce, papaje i krotony. Jest też kilku innych turystów.  Pokoik przydzielono nam fajny tylko łazienka wspólna, ale nie ma problemu. 


 Kąpiemy się i wyruszamy na rekonesans okolicy.W zasadzie w koszt pobytu mamy wliczone darmowe rowery do poruszania się po wyspie, ale wobec wąskich ścieżek, dość intensywnego ruchu motocykli i problemów Rafała z równowagą  robimy sobie pieszą wycieczkę zataczając niewielką pętlę. 


 

 W sumie nic specjalnie ciekawego. Żar leje się z nieba niemiłosiernie. Czujemy się jak w saunie. Po drodze niemal co krok słyszymy „hello” głównie z ust dzieci, ale i dorosłych.


 Dochodzimy do przystani promowej, gdzie wysiedliśmy. Tu znajduje się mała koncentracja straganów z owocami, ale dość skromna. 


Postanowiliśmy spróbować soku wyciskanego z trzciny cukrowej. Soczek raczej mdły i bez porównania z podobnym pitym na ulicy w Bombaju. 



Mamy nadzieję na ciekawą i długo wyczekiwaną wycieczkę jutro.


sobota, 16 listopada 2013

Ostatni dzień w Sajgonie



Dziś jak przystało na prawdziwe wakacje w miasto ruszyliśmy po 13.00. W ciągu 5 godzin przemierzyliśmy ponad 12 km.  Pierwszym punktem programu była hinduistyczna świątynia Mariamman poświęcona bogini mocy. 




Następnie udaliśmy się w poszukiwaniu pagody Xa Loi. O mały włos zobaczylibyśmy pagodę tylko z zewnątrz. Brama wejściowa była zamknięta.  Pojawił się jakiś pan, który pokazał nam boczne wejście na teren świątyni. 


Tym sposobem mogliśmy podziwiać kolosalny posąg Buddy z brązu.


W świątyni zaczepiła nas buddyjska mniszka, dobrze mówiąca po angielsku. Zaprosiła nas na godzinną medytację. Dostaliśmy od niej w prezencie książeczkę historii pagody Xa Loi w języku angielskim. Ładnie się pożegnaliśmy i popędziliśmy dalej. Strasznie było dziś duszno i akurat na naszej trasie 0 restauracji. W takim upale człowiek marzy o zimnych napojach, aż wpadliśmy na budkę z zimną colą (butelka za 9tyś dong - niecałe 0,5$). Wystarczy zejść z turystycznych szlaków i ceny stają się normalne:). W drodze  udało nam się też przegryźć kanapkę z budki za 15 tyś dong (za 2 szt 1,5$). Docieramy do świątyni  Jadeitowego Cesarza. 




Trudno było się połapać, który to ten jadeitowy, ale już wiemy :)

Świątynia jest bardzo klimatyczna, jedyny mankament to to, że w jej bezpośrednim otoczeniu postawiono  wysoki nowoczesny apartamentowiec.


Ostatnie miejsce, które chcieliśmy zobaczyć  przed zachodem słońca to port na rzece Sajgon. Niestety daliśmy radę obejrzeć tylko jego mały fragment .


Vis-a-vis portu stoi przepiękny "Hotel Majestic" doba ok 150$ za pokój dwuosobowy, śniadanie wliczone w cenę - nie jest aż tak drogo ;)


niedaleko mijamy też Teatr Miejski zwany Operą


W drodze do hotelu odwiedziłam jeszcze salon kosmetyczny. I za całe 2 $ poddałam się zabiegowi woskowania pach.
I na koniec pożegnalna kolacja. Oczywiście sajgonki :) nazywane tu springrollsami  10 szt za 50 tyś. dong(2,5$) do tego sok 25 tyś dong (powyżej 1 $). Jutro rano ruszamy do Delty Mekongu.